Strona Główna Relacje
Relacje
Grossglockner 16-20.09.2009 - JKW PDF Drukuj Email
Wpisał Wojtek   
Środa, 30. Wrzesień 2009 12:16
Wyjazd udany!

Czterech członków JKW: Paweł, Marcin, Marek, Grzegorz na szczycie smiling smiley

Wyjazd zaplanowany 16-go, na godzinę 18.00, uległ lekkiemu poślizgowi ze względu na kłopoty Marka z pracą smiling smiley

Wyjechaliśmy z Gliwic po 21.00, jadąc przez Ostrawę, Brno, Wiedeń, Graz, Klagenfurt, Villach do Kals am Glockner. Po drodze zatrzymał nas Czeski patrol, który jak się okazało nie dybał na nasze ciężko zarobione dudki.

Na parking pod schroniskiem Luckner (1948) dotarliśmy późno, około 11.00, wiązało się to z obowiązkiem zapłaty 9 Euro za przejazd drogą prywatną. sad smiley Szybkie przepakowanie, szamanko i wyjście w górę.

Ponieważ wcześniej założyliśmy dojście pierwszego dnia do schroniska Erzherzog Johann (3451), zostało nam tylko wybrać drogę. Wariant pierwszy tj. dojście do schroniska Studl (2802), następnie przez lodowiec Kodnitz był części z nas już znany. Wybraliśmy wariant drugi, polegający na odejściu w prawo od szlaku do Studl'a. Należy tego dokonać około 10 minut po minięciu schroniska Luckner, są oznaczenia kierujące bezpośrednio na Herzoga wzdłuż drogi Murztaler steig u podnóża Blaue Kopfe (3061).

Dochodzi się do brzegu lodowca, gdzie zaczyna się wejście w grań po ubezpieczonej linami drodze.

Pierwsza dwójka, Paweł-Marcin, ruszyła ostro do przodu. Marek i ja, postanowiliśmy dać im trochę czasu, żeby nie zrzucali nam na głowę kruszonych skał i w międzyczasie zaczęliśmy torować drogę w śniegu próbując obejść grań, aby rzucić okiem na lodowiec.

Weszliśmy w grań, pół godziny po pierwszej dwójce. Droga okazała się wspaniała, miejscami wymagająca z imponującą ekspozycją. Wybór tej drogi to strzał w dziesiątkę, mogę ją z czystym sumieniem polecić każdemu, kto planuje wejść na Grossa, niekoniecznie dość monotonną i nudną drogą przez lodowiec. Niestety, czas przejścia tą drogą ze względu na trudności wymagające miejscami asekuracji, oraz biorąc poprawkę na ciężkie plecaki potrafi się znacznie wydłużyć. Należy to wziąć pod uwagę i odpowiednio wcześniej wyruszyć z parkingu.

Około 19.00, zaczęło zachodzić słońce. Do schroniska mieliśmy jeszcze 2 godziny, oraz imponującą ścianę przed sobą. Pierwsza dwójka, która była przed nami jakieś 40 minut, zdecydowała się kontynuować wspinaczkę i około godziny 21.00 mając mroczki przed oczami osiągnęła schronisko. My, mieliśmy przed sobą najtrudniejsze podejście i zmęczonego Marka. Zdecydowaliśmy się biwakować na grani (3200) i przeczekać do świtu. Łatwo powiedzieć, ale zakładając noclegi w schronisku miałem ze sobą lekki, letni śpiworek puchowy. Marek miał śpiwór syntetyczny oraz płachtę biwakową (worek na śpiwór). Obawiając się deszczu zaproponowałem wymianę tj. Marek miał spać w moim puchowym śpiworze i płachcie co chroniłoby puch przed zamoczeniem i utratą właściwości termicznych, dawało lepszy komfort termiczny. Ja miałem spać w jego syntetyku, który po ewentualnym zamoczeniu, powinien jednak sprawować się lepiej od puchu. Sklarowaliśmy szybko sprzęt, korzystając z resztek światła i założyliśmy stanowisko, w które wpieliśmy plecaki. Następnie, szybkie gotowanie przy czołówkach, papu i po wpięciu się w stanowisko, hop w śpiwory.

Noc była ciężka, na sen nie można było liczyć smiling smiley O świcie, po krótkim posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę.

W Herzogu byliśmy coś około 10.00, niestety dla nas, nie zastaliśmy tam pierwszej dwójki, która ambitnie wyruszyła z rana na szczyt. Po krótkim odpoczynku, około 12.00, mając w pamięci nieprzespaną noc, ja ze względu na funkcję kierowcy 2 noce, postanowiliśmy wyjść tylko aklimatyzacyjnie w stronę szczytu a zaatakować następnego dnia, po wypoczynku.

Gdy doszliśmy pod grań, spotkaliśmy schodzący pierwszy zespół. Chłopaki zmęczeni, szczęśliwi, natchnęli nas do spróbowania wejścia chociaż na Kleina.

Poszliśmy, a za nami toczył się solo starszy turysta z Niemiec. Ponieważ, nie wzięliśmy całego sprzętu, nie planując wcześniej wejścia na szczyt, zaczęliśmy rzeźbić z asekuracją i w naszym wypadku wyglądało to tak, że idący pierwszy, pokonywał w miarę możliwości dwa punkty asekuracyjne (tyczki), przekładając linę przez mijaną tyczkę (nie mieliśmy ekspresów) po stronie przeciwnej do ewentualnego odpadnięcia, co miało na celu, zmniejszenia efektu wahadła. Dochodząc do stanowiska, pierwszy wiązał się i asekurując przez ciało ściągał drugiego. Linę idącą od asekurującego owijaliśmyp wokół tyczki, co miało w naszym mniemaniu zwiększyć tarcie i przenieść siłę szarpnięcia z asekurującego na stanowisko. Drugi, dochodząc do stanowiska, mijał pierwszego i szedł zakładać następne stanowisko.

Zespół pierwszy szedł doszpejony na maksa, więc stosował inną taktykę, tzn. jeden prowadzący, asekuracja z przyrządu i półwyblinką, oraz przeloty z ekspresów.

Gdy trudności wzbierały, ciągnący się za nami Niemiec, przybrał kolor zielony. Zapytałem czy ma linę. Miał tylko karabinek z taśmą. Zapytał, czy byśmy go nie zabrali, na co przystałem. Planowałem dołączenie go za 20 metrów, przy następnym stanowisku. Niemiec nagle zawrócił i zaczął się wycofywać. Zawołałem za nim i przekonałem, żeby szedł z nami, jakoś damy radę. Ponieważ mieliśmy 20 metrową linę lodowcową 8,7mm, która poznała już zęby raków, nie chciałem go przywiązać na stałe do liny, aby prowadzący przy odpadnięciu nie pociągnął za sobą drugiego (Niemca) i tym samym nie obciążyli wspólnie asekurującego i stanowiska.
Wpieliśmy go więc w stanowisko i puszczaliśmy, dopiero, gdy założone były dwa stanowiska na zaporęczowanej drodze. Po przejściu wpinał się w stanowisko, po czym, dochodził drugi asekurujący. Na szczycie stanęliśmy w trójkę, po 3 godzinach od opuszczenia schroniska. Pozostał nam tylko powrót, w którym na na koniec liny dałem Niemca, a rolę Niemca przejął Marek, któremu pod krzyżem złamał się rak.

Nocleg w Hercogu dla członka JKW kosztuje 14 Euro i nie trzeba brać śpiwora. Nie opłaca się też, brać śniadania, które kosztuje ponad 7 Euro a składa się z 3 kromek chleba, małego masełka, dżemiku i małego serka topionego, kawa/herbata. 11 Euro kosztuje natomiast duży i pyszny schabowy z ziemniaczkami, 6 euro gulasz z chlebem, piwo chyba około 3 euro. Trzeba płacić za wrzątek.

Rano zeszliśmy przez lodowiec do chłopaków, którzy nocowali w namiocie, pomiędzy lodowcem a schroniskiem Studle. Następnie wszyscy razem, zeszliśmy na parking, gdzie po chusteczkowej toalecie wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Koszt podróży tj. paliwo, winiety i parking na jednego uczestnika wyniósł 184 zł.

 

autor: SirBergler z forum Jurajskiego Klubu Wysokogórskiego
LAST_UPDATED2
 
Taury 2002 - Adam PDF Drukuj Email
Wpisał Wojtek   
Czwartek, 26. Marzec 2009 22:05

TAURY 2002, CZYLI SPONTANICZNA WYPRAWA W GÓRY

Pomysł zrodził się spontanicznie a wiadomo, że tak jest najlepiej. Zbliżał się długi weekend z okazji któregoś tam ze świąt, więc wypadało coś zrobić z wolnym czasem. Poszło kilka smsów, z których jeden brzmiał: "a może tak byśmy naparły na coś co nazywa się Taury", obustronna akceptacja była natychmiastowa. Uczestników dwóch: brat Michał i brat Adam (rodzeni bracia, nie z zakonu). Dokonaliśmy jeszcze ze dwa telefony, zaopatrzyliśmy się w raki, czekany i inne sprzęty, pożyczyłem linę, której i tak nie wiedzieliśmy jak użyć w razie czego i która w końcu nie została użyta.

Sobota 25 maj 2002
Wcześniej Michał dojechał z Olsztyna, a z rana w sobotę pakujemy graty i skrzynkę prowiantu w auto i Seatem Cordoba startujemy z Bydgoszczy. Naprzemian prowadząc bądź pilotując wóz popędzimy ku niemieckiej granicy, a dalej autostradami wprost na południe do Austrii. Granice bierzemy powyżej Kufstein. Późnym wieczorem docieramy na Camping w Bad Horing koło Kirchbichl, który to oczywiście o tej porze roku jest pusty. Pani zdziwiła się trochę, że chcemy rozbić namiot i chyba trochę żałuje nas (może z powodu mocnego deszczu???) i proponuje w cenie rozbicia namiotu, nocleg w pomieszczeniach sauny. Oczywiście korzystamy i z noclegu i z sauny. Camping godny polecenia, z możliwością wynajęcia apartamentów, basenem, kortami tenisowymi i jak to w Austrii z terenami narciarskimi w pobliżu.

Niedziela 26 maj 2002
Rano kierujemy się na Kitzbichel i Mitersill. Mijając malownicze austriackie miejscowości, coraz bardziej przybliżamy się do celu wyprawy, Taury już tuż , tuż... Przejeżdżamy przez prowadzący na południe Felber Tauern Tunnel o ponad pięciokilometrowej długości. Tuż za nim zjeżdżamy do miejscowości Tauer i zatrzymujemy na parkingu przy Matereirer Tauern House (1511 n.p.m.). Co prawda wyspani ale nieco zmęczeni podróżą dnia poprzedniego decydujemy się na pierwsze przetarcie, rozpoznanie własnych możliwości, kondycji. Wdziewamy na siebie to co uważamy za stosowne i za cel obieramy St Poltner Hutte (2481). Z mapy wycieczka wydaje się taka akurat na bieżący dzień. Przechodzimy miejscowość Tauer , która to okazuje się być złożoną z zaledwie kilku zabudowań i wśród łąk przemierzamy dolinę droga prowadząca w kierunku Innergschoss, by potem odbić w prawo i teraz już dość ostro kosić przez las. Przy Zinnerkreuz, na wysokości około 2000 m pierwsze poważne ilości śniegu. Robimy sobie małą przerwę przy drewnianym mostku, któremu to o dziwo brakuje desek, ostały się tylko konstrukcje i poręcze??? Dochodzimy do wniosku, że Austriacy to nie taki głupi naród i deski na zimę zdjęli co by się pod obciążeniem śniegu nie załamały. Jest dość łagodnie więc mimo sporych ilości mokrego śniegu idziemy wzdłuż wielkich słupów energetycznych, które niezbyt dodają uroku okolicy. Po jakimś czasie ginął nam z oczu zupełnie czerwone znaki kierujące nas do celu, pokonujemy jeszcze potok, podchodzimy wyżej, niby jesteśmy już blisko i wiadomo, w którą stronę się kierować, ale ze wzglądu na słabą widoczność nie widzimy celowości kontynuacji przedsięwzięcia i robimy odwrót tą sama trasą. W Tauer chowamy się pod wiata informacyjną przy parkingu gdzie gotujemy strawę. Zwijamy się i jedziemy do Materei in Ostirol, położona w szerokiej dolinie ładna alpejska miejscowość. Odnajdujemy Camping. Gość w recepcji chce nam wcisnąć żetony na ciepłą wodę w prysznicu po 1 Euro, ale widząc nasze długie wahania i robienie niby głupich min, że woda za kasę, daje nam żetony w prezencie. Rozbijamy namiot na równej zielonej trawce, prócz nas ze trzy Caravany emerytowanych Holendrów, Niemców. Wędrujemy do przycampingowej knajpki bo nam się należy i zamawiamy po regionalnym piwie, którego nazwy nie wspomnę.. ale jest świeże i dobre. Robimy sobie plany z mapą na kolejne dni, na kolejny wypada schronisko Badener Hutte. Dosiada się jakiś miejscowy gość, chyba dlatego, że przy barze już nie za bardzo mógł ustać, no i pewnie przyjaźnie wyglądamy. Pogawędka też za bardzo mu się nie klei, coś wspomina, że tam gdzie chcemy iść to daleko i ciężko, ale nie przekonał nas.

Poniedziałek 27 maj 2002
Z rana (ale bez szaleństwa) ruszamy. Auto zostawiamy w Gruben (1150), w sumie nie bardzo jest gdzie zostawić bo to tylko kilka zabudowań i wąska droga, ale miejscowi wskazują nam gdzie możemy zaparkować bez krępacji. Idziemy dość mocno w górę droga bitą, którą pewnie mało co ma szanse podjechać. Cały czas bliżej lub dalej ale wzdłuż potoku Frosnitzbach, do którego co jakiś czas suną się wodospady. W duże osłupienie wprawiają nas pasące się na niemałych stromiznach krowy (te same które pracują na czekoladę Milka). Cały czas niewyraźnie siąpi. Po drodze mijamy jakby wymarłą osadę Zedlacher Alm (1824). Niezbyt nas to dziwi jednak biorąc pod uwagę dostępność terenu dla transportu. Z pewnością przez większą część roku panuje tu głucha cisza. Przy Steisteg (2072), gdzie przez mostek pokonujemy potok , kończy nam się zasięg mapy, ale jako starzy harcerze nie zamierzamy rezygnować z tego powodu, choć widoczność nam się zaczyna zawężać ze względu na mgłę i opad deszczu a potem śniegu. Ponieważ białego jest coraz więcej a nachylenie spore się gdzieniegdzie zdarza, to mamy okazję po raz pierwszy przećwiczyć chodzenie w rakach. W końcu wyłania nam się schronisko, ale tylko na chwilę i dzięki temu udaje nam się do niego trafić, zapamiętujemy sobie ukształtowanie terenu i brnąc w śniegu po grani i dalej łukiem okrążając kocioł dzielący nas od Badener Hutte. Jak można się było spodziewać gra tam echo, ale od czego jest obok małe schronisko na czas zimowy..., drzwi pokonujemy z pomocą kawałka pręta, grzejemy się, pijemy herbatę z termosu, wertujemy książkę gości, z której widać że odwiedzających w tym roku nie było wielu. Czas nagli więc po krótkim posiedzeniu i ogrzaniu zarazem, ruszamy w odwrót tą samą trasą. Nie zanosi się abyśmy zachowali na sobie coś suchego. Tego wieczoru na campingu odkrywam stół bilardowy na powietrzu acz pod daszkiem i temu zajęciu plus piwko, tym razem z marketu, oddajemy się.

Wtorek 28 maj 2002
Czas na dzień luźniejszy, na suszenie sprzętu i przeczekanie niepewnej pogody. Ale nie żeby zaraz siedzieć z tyłkiem i nic nie robić! Robimy sympatyczną wycieczkę w bezpośrednim sąsiedztwie Matrei, ze startem w Glanz i małą pętelką ze skałą Falkenstein (1711). Mamy ze sobą uprzęże i lonże gdyż jest na mapie fragment zaznaczony jako via ferrata, okazuje się ona jednak kawałem potężnej ściany do wspinaczki, z całym mnóstwem wbitych haków i bogactwem wariantów przejść. Słowem raj dla skałkarzy- wspinaczy,a my możemy sobie popatrzeć....

Środa 29 maj 2002
Z rana zwijamy się i podążamy autem do Kals. Za miejscowością, przy wejściu w dolinę Teischnitzbach zostawiamy auto na leśnym parkingu. Pakujemy niezbędne rzeczy, które maja nam się przydać na dwa dni i spokojnie ruszamy w górę doliny, początkowo lasem, zakosami wzdłuż szutrowej drogi, potem już ścieżką, gęstszymi zakosami i wśród kosówki. Kiedy jesteśmy już wysoko nad dnem doliny, w dali wylania nam się Wielki Dzwonnik. Stąd Grossglockner wydaje się jeszcze bardzo odległy a rozpościerające się pod nim lodowce robią niesamowite wrażenie. Szczerze mówiąc nie bardzo wyobrażamy sobie którędy może prowadzić szlak i jak pokonamy przeszkody terenowe...?? Idziemy mimo to naprzód i co rusz trawersujemy kolejne coraz częstsze i większe płaty śniegu. Raki i czekany dają w tym miejscu oparcie i pewność przy pokonywaniu rozmokłego śniegu na śliskim podłożu, nachylenie jest spore a więc warto zachować "pozor". Zbliża się południe, a w słońcu jest całkiem gorąco, coraz częściej ze skał powyżej nas leci śnieg. Są to raczej małe lawinki, ale są.. Lodowce stają się coraz bardziej wyraziste i bliższe i ni stąd ni zowąd nadciągają chmury, robi się chłodniej, zachodzi mgła, widoczność maleje. Robi się późna pora, ale czujemy w moczu, że już blisko do schroniska Studlhutte. Bardziej na nosa niż po jakichkolwiek oznakach, że jesteśmy jeszcze na szlaku brniemy w górę po śniegu, szczęściem już trochę zmrożonym dzięki czemu się nie zapadamy. Ukształtowanie terenu nam się zgadza z mapą, więc jest dobrze. Mamy już trochę dość i właśnie wtedy w najbardziej odpowiednim momencie wylania nam się schronisko (2802). Wygląda trochę nieszczególnie jak na schronisko górskie i sprawia wrażenie pustego. Odnajdujemy gościa, który gotuje zupę (nie wiadomo dla kogo i czemu gotował ja cały wieczór), sprawia wrażenie lekkiego przygłupa i nie za bardzo można się z nim dogadać. Jakoś wyduszamy z niego, że chce po 15 Euro od łba, ale możemy iść do "chatki zimowej" za 5 Euro, co oczywiście czynimy. Warunki rewelacyjne, w przedsionku drewno i siekiera, na dole wychodek i kuchnia, na poddaszu sala do spania. Zostajemy na dole w kuchni bo tam jest piec a robi się całkiem chłodno. Zaledwie w parę godzin z warunków letnich robi się ciężki mróz, śnieg skrzypi pod butami, chodzimy w koło schroniska i szukamy zasięgu na komórki...znajdujemy, co nie zawsze się udaje w górzystym terenie.. Piec wykorzystujemy maksymalnie, gotujemy żarcie, suszymy buty, kurtki, grzejemy się. Wypijamy po Kujawiaku i na pamiątkę nabijam puszkę na gwóźdź pod powałą. Jesteśmy jedynymi gośćmi, to i bez krępacji rozkładamy sobie spanko na stołach w ciepłej kuchni.

Czwartek 30 maj 2002
Gdy budzimy się jest już piękny dzień, jakoś podświadomie nie czujemy się pewnie by iść na Grossglocknera, w książkę wyjść wpisujemy jako cel Luizenkopf (3207). I zamiast na Luizenkopf iść wzdłuż grani, kierujemy się na lodowiec Kodnitzkees, którędy prowadzi wejście na Grossglcknera przez Erzerzog Johan Hutte. Z lodowca wielki Dzwonnik nie wygląda już tak odległy i nie jest tak żeby człowiek na niego nie mógł wejść...teraz żałujemy, że nie obudziliśmy się przed wschodem słońca, można było być na podejściu póki śnieg był zmrożony, a tak tylko z zazdrością patrzymy na tych co są już 300 metrów wyżej i jeszcze dziś będą spoglądać z dachu Taur. Żądni lepszych widoków kierujemy się na grań po naszej prawej i wychodzimy na skałki gdzieś powyżej Luizenkopf. Z góry widać jak na dłoni potężne szczeliny, które to minęliśmy zaledwie o kilka metrów, brrr... chyba zacznę zaznajamiać się ze sztuką asekuracji i liną :). Kusi nas by wejść jeszcze choć drobinę wyżej lecz wycofujemy się prędko bo śnieg zdecydowanie mięknie i dokonują się pierwsze drobne obsuwy. Po własnych śladach idziemy trzaskając po drodze foty widokowe, warunki ku temu są idealne. W naszym schronisku jemy, urozmaicając sobie jadłospis tym co zastaliśmy, np. czeskie chińskie zupki, cukierki, a pozostawiamy swój nadmiar prowiantu- bardzo to miły zwyczaj zresztą, że turyści tak dbają o następnych turystów. Żegnamy się z chatką i schodzimy do Kals. Mija nas kilku amatorów narciarstwa, trochę im zazdroszczę pięknego zjazdu... Podążamy w dolinę Kodnitzbach, tu po raz pierwszy spotykamy się z większą ilością turystów samochodowo- autokarowych. Poza strategicznymi miejscami typu okolice Grossglocknera, Taury są praktycznie puste, a schroniska w zdecydowanej większości zamknięte o tej porze roku, więc jeśli ktoś ceni ciszę i spokój to tylko w maju!!! Można wprawdzie nadziać się na spore ilości śniegu, ale i to może mieć swój urok Dalej wzdłuż asfaltu i następnie omijając Kals i Burg ścieżką ponad nimi docieramy do miejsca wyjścia z dnia poprzedniego. Jedziemy w poszukiwaniu Campingu, z możliwością wyjścia w teren w pobliżu. Mijamy kilka po drodze ale jakoś nie przekonują nas do siebie, poza tym widać wzmagający się ruch przed weekendem. Ostatecznie lokujemy się na Campingu w Grosskirchhen u brzegu rzeki Moll.

Piątek 31 maj 2002
Robimy pętelkę z wejściem na Gartlkopf (2458), ostatnia wycieczkę tak na rozluźnienie, a daje nam całkiem niezłe przewyższenie, żeby nie było za lekko. Fajna to wędrówka - las, polanki, strumyki, tak bardziej tatrzańsko. Że pora wracać do kraju mówi mi gardło nieźle gdzieś przewiane albo potraktowane zimną woda, nawet piwa nie jestem w stanie przełykać- tragedia.

Sobota 01 czerwiec 2002
Pakujemy manele i testujemy autko na wysokogórskiej trasie Hohenalpen Strasse. Zatrzymujemy się na wielkim parkingu, celu niezliczonych wycieczek, skąd podziwiać możemy lodowiec Pasterze i Grossglocknera od wschodu. Niby pięknie a jednak coś tu zostało zepsute przez człowieka, żeby nie wyrazić się dosadniej. Jest tak "amerykańsko", ale dla miłośnika gór ciekawiej by było bez parkingu molocha, a nóg by tu przyjść by nie pożałował. Siadamy wygodnie w autko i zostawiamy w tyle "nasze" przez tydzień Taury...

autor: Adam
źródło: http://www.dogory.republika.pl/taury.html

LAST_UPDATED2
 
Mirosław Sadowski - Wysokie Taury PDF Drukuj Email
Poniedziałek, 07. Lipiec 2008 19:10

Prolog 

I udało się! Kilka miesięcy "urabiania" żony i Paweł w końcu dostaje pozwolenie na wyjazd. Wyjazd dla Niego - i nie ukrywam że dla nas także - to kolejne górskie i organizacyjne wyzwanie. Oczywiście w porównaniu do wyjazdów np. w Ałtaj czy na Kamczatkę, nasz wyjazd to jakby pójście do kina w sobotni wieczór, ale zawsze to sukces, gdy trzech gości -Paweł, mój brat Michał i ja - zgra swoje urlopy w tym samym czasie i wybierze się w ten sam punkt przestrzeni, odsuwając na dalszy plan może i ważniejsze sprawy. No więc udało się! Pod rodzinnym domem Pawła doładowujemy jego sprzęt, jego słoiczki z gulaszem i jego samego, i w drogę. Przed nami Wysokie Taury!

Großglockner - najwyższy szczyt Alp austriackich (3797 m n.p.m.)

Venediger Gruppe

Dojeżdżamy późnym wieczorem. Górska miejscowość Hinterbilch leży zatopiona w alpejskiej dolinie i sama jest zatopiona w padającym deszczu. Mieliśmy rozbić namioty, ale po rozmowie z właścicielką hoteliku (przy którym mieści się również i camping) dochodzimy do wniosku, że cena za nocleg w pokoiku jest niska - jak na warunki austryjackie i w dodatku niższa niż nasze przedwyjazdowe kalkulacje - i decydujemy się na nocleg, zgoła nieturystyczny. Pokój zmienia się w jednej chwili w pokoik-bałaganik, ale za to nabiera bardziej swojskiego małopolsko-tyrolskiego nastroju. Śpimy! W tak niemożebnie puchatych pierzynach, jakich cała Małopolska nie widziała.
Rano startujemy na rekonesans. Pogoda jak to w Alpach: przecudna! "Alpy! Tu się oddycha" skąd to cytat?

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Łąki alpejskie ponad granicą lasów są przecudne
Ostre szczyty, ostre słońce i lodowce, i bezkres alpejskich hal

 

Podjeżdżamy do Oberbilch i start. Tysiąc metrów w pionie do schroniska Sajathütte
Łąki alpejskie ponad granicą lasów są przecudne. Szlak, pomimo dużej różnicy poziomów poprowadzono tak, że idziemy bez zbytniej zadyszki. Widoki zapierają wszystko, co tylko zaprzeć można. Ostre szczyty, ostre słońce i lodowce, i bezkres alpejskich hal. W schroniskach obowiązkowe piwo i atak szczytowy klettersteigiem na Rote Säule (2820 mnpm).
To pierwszy Pawłowy klettersteig i od razu mu się spodobał. On klettersteigowi chyba też, bo wylazł na górę cało i zdrowo. Ze szczytu widać Gro venediger. Nasz pierwszy, większy problem na tej wyprawie. Schodzimy! Oczywiście inną drogą. Do sąsiedniej doliny, tam gdzie pasą się owce, krowy i spadają wezbrane wodospady.
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Atak szczytowy klettersteigiem na Rote Säule

 

Kolejny dzień to już nie przelewki. Plecaki ze sprzętem do pokonania lodowca i z wyposażeniem na cztery dni zarzucone na barki. Planujemy solidną pętlę z kulminacją na Großvenedigerze i z trzema noclegami po drodze w górskich schroniskach. Aby nie paść na samym początku wykorzystujemy szansę i podjeżdżamy Venedigertaxi w górę doliny Dorfertal, oszczędzając jakieś cztery godziny i siedemset metrów w pionie monotonnego marszu szutrówką.

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Pod schroniskiem Jahannishütte
Pod schroniskiem Jahannishütte panuje jeszcze poranny spokój i cisza, a nad schroniskiem gdzieś w górze, góruje Großvenediger. "Gdzieś", bo na razie póki co, wszystko tonie w porannych mgłach i chmurkach. Podejście dosyć męczące, ale za to widoki- gdyby było coś więcej widać - przecudne. Robi się jakby chłodniej, ciemniej i bardziej wilgotno. Osiągamy schroniska Defregger Haus (2965 mnpm). Odpoczynek. Wkładamy ciepłe ciuchy i w górę. Mamy wejść "na ciężko" na Dużego Venedigera i przejść lodowcem na przestrzał do doliny Gschlössbach i zanocować w którymś z tamtejszych schronisk.

 

Góry jednak zweryfikowały nasze plany. Na przełęczy Rainertörl (3421 mnpm) zadymka śnieżna uniemożliwiała jakąkolwiek orientację. Dobrze, że szlak jest mocno uczęszczany i dzięki temu jego wydeptanie jest trwałe. Wokół mgła (a raczej chmury), wirujące płatki drobnego śniegu i silny wiatr. Jesteśmy sami! Potęga gór się nam niezwykle podoba, ale... ryzyko pobłądzenia wzrasta wykładniczo do czasu przebywania w tej śnieżycy. Nagle z zadymki wynurza się schodząca z góry grupa z przewodnikiem. Powiązani linami jak balerony, ośnieżeni i zmęczeni. Pytamy przewodnika o warunki; "Fatalne", radzi zawrócić.
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Na przełęczy Rainertörl (3421 mnpm) zadymka śnieżna...

 

Tak też czynimy. W nocy wiatr wyczynia na zewnątrz dzikie harce, tańcząc tyrolskiego walca ze śnieżycą w parze, a my śpimy sobie sami w czteroosobowym pokoiku.
Rano zmiana planów: już nie przejdziemy do sąsiedniej doliny, a Großvenedigera zrobimy "na lekko", ale dopiero jutro. Dziś, ponieważ pogoda wciąż jest niepewna, zrobimy mały rekonesans w pobliżu schroniska. Poszliśmy na pobliski Wildzpitze, po drodze pobawiliśmy się nieco z lodowcem.

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
A Großvenediger cały dzień tonął w chmurach
Na trzeci dzień pogoda wygnała wszystkich ze schroniska. Nas też. Pomimo że im wyżej tym bardziej wieje, to wejście na szczyt było ekstra. Nie zepsuł tej satysfakcji nawet fakt, iż o mało nie pobiłem się z miejscowym przewodnikiem, który nie czekając na swoją kolejkę przed wejściem na bardzo wąską i eksponowaną śnieżną grań wraz ze sznureczkiem klientów, parł do przodu wprost na grupę która akurat pokonywała ten niebezpieczny odcinek w przeciwną stronę.

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Przed wejściem na bardzo wąską śnieżną grań
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Na trzeci dzień pogoda wygnała wszystkich ze schroniska
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Zaczęliśmy schodzić. 2300 metrów w dół
Wróciliśmy tą samą drogą. W schronisku zrzuciliśmy wszystkie możliwe do zrzucenia ciepłe podkoszulki i gacie, napiwszy się Kryniczanki, zarzuciwszy plecaki na grzbiety zaczęliśmy schodzić. 2300 metrów w dół. Od śnieżnego lodowca poprzez alpejskie hale do łąk ponad wsią Hinterbilch. Pomimo kremów z UV 35 nasze nosy wyglądały jak wężowe wylinki, a czoła mogły służyć za czerwone światła na skrzyżowaniach dróg. Domowy obiad z maminych zapasów, prysznic i noc pod tyrolską pierzyną zregenerowały nasze nadwątlone siły. Bo przed nami cel główny:

 

Wróciliśmy tą samą drogą. W schronisku zrzuciliśmy wszystkie możliwe do zrzucenia ciepłe podkoszulki i gacie, napiwszy się Kryniczanki, zarzuciwszy plecaki na grzbiety zaczęliśmy schodzić. 2300 metrów w dół. Od śnieżnego lodowca poprzez alpejskie hale do łąk ponad wsią Hinterbilch. Pomimo kremów z UV 35 nasze nosy wyglądały jak wężowe wylinki, a czoła mogły służyć za czerwone światła na skrzyżowaniach dróg. Domowy obiad z maminych zapasów, prysznic i noc pod tyrolską pierzyną zregenerowały nasze nadwątlone siły. Bo przed nami cel główny:

 

Großglockner

Pobutka! Wyłazimy z pod tyrolskich pierzyn. Za oknami jeszcze ciemno. Śniadanie gotowe! Paweł jako główny śpioch wyprawy zwleka się najdłużej. Ja z Michałem, jak przystało na braci, migiem wyrywamy spod powiek resztki snu. Paweł reaguje dopiero na zapach kawy (albo na parcie na pęcherz- do końca nie udało nam się tego z całą pewnością rozstrzygnąć). Pakowanie i już jedziemy do Kals- znanego ośrodka sportowo- turystycznego u podnóża Gro glocknera. Zastawiamy samochód na parkingu. Gdzieś z pobliskich hal przylatuje dźwięk dzwonu. To w osadzie pasterskiej Jörgenalm budzą się pasterze i owce na kolejny dzień pracy. Pogoda piękna, choć szczyty schowane w chmurach.
Idziemy. Mamy dojść do Erzherzog Johann Hütte, najwyżej położonego schroniska w Alpach Wschodnich na wysokości 3454mnpm, a jesteśmy dopiero na 1919mnpm. Początkowo szutrową drogą dnem doliny Ködnitztal. Po drodze mijają nas pasterze jadący doić owce swoimi czarnymi BMW. Od schroniska Lucknerhütte droga przechodzi w górską ścieżkę i coraz mozolniej pnie się ku górze. Coś z tymi tyrolskimi szlakami nie jest w porządku! Na plecach ciężkie plecaki, różnica poziomów znaczna, a my idziemy jakby przyciąganie ziemskie miało mniejszą wartość. Tam naprawdę szlaki są tak poprowadzone, że nachylenie nie powoduje zadyszki- to chyba dzięki wielowiekowemu, pasterskiemu doświadczeniu w wyszukiwaniu najłatwiejszych przejść z jednej hali na drugą.

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Osiągamy skraj lodowca Ködnitzkees. Widać najwyższy szczyt Austrii- tuż nad naszymi głowami.
W schronisku Stüdl- jeszcze prawie nie obudzonym- wypijamy po łyku herbaty i idziemy dalej. Osiągamy skraj lodowca Ködnitzkees. Grzeje! W lodowym kotle czujemy się jak schabowe na patelni. Zciągamy ciepłe gacie, ubieramy uprzęże i choć lodowiec nie wygląda groźnie wiążemy się liną. Widać najwyższy szczyt Austrii- tuż nad naszymi głowami. Jeszcze tylko szczelina brzeżna i wspinamy się skalną grzędą do schroniska. Tu mamy spać, by rano zdobyć szczyt i zejść do schroniska Hofmannshütte, leżącego u brzegu lodowca Pasterzen.

 

Jest jednak dosyć wcześnie, pogoda jak drut, a i ludzi atakujących szczyt niewielu. Zostawiamy plecaki i idziemy na lekko. Jest stromo! I robi się jeszcze bardziej! Wejście na grań Kleinglocknera jest na tyle strome i zalodzone, że wchodzimy po kolei ubezpieczając się, wykorzystując stałe punkty asekuracyjne wbite w skalną ścianę wzdłuż której podchodzimy. Na skalnej grzędzie opadającej z Kleinglocnkera jest już łatwiej. Szybko wchodzimy na jego szczyt. Przed nami otwiera się ostra i wąska grań szczytowa z powbijanymi stalowymi tyczkami jako stałe punkty asekuracyjne. Po obu stronach grani luft jak się patrzy! Asekuracja na sztywno. Szkoda, że nasza lina ma tylko dwadzieścia metrów długości, to znacznie spowalnia nasze tempo marszu. Pierwszy idzie Michał. Po dwudziestu metrach zatrzymuje się i przywiązuje się do tyczki i czeka. Drugi idzie Paweł, wykorzystując rozpostartą i przyczepioną do tyczek linę jako poręczówkę. Na końcu idę ja, odpinając karabinki. Michał zciąga linę. I tak kilkukrotnie W końcu stromym kominem osiągamy przełęcz Obere Glocknerscharte - głębokie wcięcie pomiędzy obydwoma wierzchołkami. Przełęcz jest wąska i zaśnieżona. Po prawej słynna Rynna Palaviciego, po lewej przestrzeń bez dna. Cztery szybkie kroki z rękami rozpostartymi na boki i już trzymam się ściany głównego wierzchołka.

Ale jak tam wejść?! W gładką płytę wbity jest pojedynczy pręt Wyżej są jakieś chwyty i stopnie. Idę! Lewa noga na pręt a prawa.... a prawa... szukam gwałtownie stopnia!! Coś nie tak! Zły start. Paweł z Michałem przeszli przecież bez problemów. Cofnąć się nie da, zaskoczyć-broń Boże! Pode mną owa słynna rynna śnieżna, a w niej kilkusetmetrowa nachylona pod kątem 70o zjeżdżalnia. Brakuje mi stopnia! I to coraz bardziej! Wpadam w klasyczny "telegraf". Gdy mózg pracuje na najwyższych obrotach, analizując i optymalizując wyjścia awaryjne, pod drgającą prawą stopę szukającą podparcia podstawił rękę przewodnik, który wyprowadzał na szczyt klienta. Potem wszystko poszło jak z płatka. Gdyby nie ten stalowy pręt, który błędnie sugerował sposób wejścia, pewnie nie miałbym takich problemów. A tak to" masz babo placek", wejście na szczyt (a może i nie tylko) zawdzięczam tyrolskiemu przewodnikowi.
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Na szczycie byliśmy tak zaaferowani, że...

Na szczycie byliśmy tak zaaferowani, że nie wpisaliśmy się do książki wejść. Prawdę mówiąc zrobiło się późno, a zejście jak wiadomo jest trudniejsze jak wejście. Schodziliśmy powoli. Zapewne przestraszeni magią góry, a nie jej rzeczywistymi trudnościami. Faktem jest, że zejście z głównego wierzchołka nie jest łatwe, ale już z Małego da się schodzić bez asekuracji. Co zresztą w pewnym momencie stwierdził Michał: - "Panowie, bez przesady, tu nie jest aż tak źle" i zwinąwszy linę zeszliśmy bez problemów, bez asekuracji. A pora była już ku temu najwyższa, bo zostaliśmy na tej górze zupełnie sami, a słońce gwałtownie chyliło się ku zachodowi. Jeszcze tylko zejście z grani na lodowiec, gdzie bez liny ani rusz i już mogliśmy w pełni podziwiać zachód słońca z ponad chmur na wysokości ponad 3500mnpm.
Schronisko osiągnęliśmy o zmierzchu. W ciągu tego dnia zrobiliśmy 1880 metrów różnicy wzniesień, z czego 1500 metrów z plecakiem. Chyba nieźle, jak na mieszczuchów pracujących za biurkiem.

 

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Zaczęliśmy schodzić lodowcem Hofmanna
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Uczta bogów!

 

Po noclegu na prawie 3500 mnpm rano obudziliśmy się rześcy i wyspani. Zaczęliśmy schodzić lodowcem Hofmanna. Słabo wydeptana ścieżka gdzieś zniknęła. Widoczność była ograniczona przez nawiewane z dołu chmury. W pewnej chwili zupełnie nie było wiadomo gdzie iść. Wokół pełno szczelin. "Może tędy panowie" rzekł Paweł. A jak rzekł to i poszedł, a ponieważ byliśmy ze sobą dosyć związani, więc i my poszliśmy za nim. Paweł wypatrzył coś, co przy pewnej dozie wyobraźni (a Paweł ma nawet kilka takich "dóz", bo jak bez dosyć dużej dozy wyobraźni można zrozumieć teorię systemów samouczących się i robić jeszcze z tego doktorat w Katedrze Podstaw Konstrukcji Maszyn). Faktycznie, w labiryncie mostków pokonaliśmy szczeliny i wyszliśmy na trawers dolnej części lodowca. Dotarliśmy do skał. Właśnie obsypał je świeży śnieżek i wyglądały jak pączki posypane cukrem pudrem. Stop! Robimy śniadanie! Śnieg do menażki na gorący kubek, na chleb topiony serek i do ręki wurst. Uczta bogów!

Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
ławki przed schroniskiem były jak długo wyczekiwany przez marynarzy port
Schodzimy niżej. Wczorajsze 1800 metrów podejścia wychodzi na wierzch. Nogi robią się jak z waty. Coraz mniej im ufam. I coraz częściej się potykam o kamienie. Dochodzimy do lodowca Pasterzen. Chmury się rozpraszają i znów jesteśmy jak te schabowe. Upał! Przechodzimy w poprzek jęzora lodowca przeskakując po drodze liczne szczeliny. Dochodzimy do drugiego brzegu. Jeszcze strome podejście skalistą ścieżką zboczem o południowym nachyleniu (słońce wypala w nas resztki sił i wyparowuje z nas wszelka woda). Ledwo doczłapujemy się do schroniska, ławki przed schroniskiem były jak długo wyczekiwany przez marynarzy port. I
wtedy to piwo!! Strasznie tanie, i nigdy, ani przedtem, ani później nie było takie pyszne.

 

Granatspitze Gruppe

Po dniu przerwy po turze z Gro glocnkerem, idziemy na turę w masyw wciśnięty pomiędzy masyw Venedigera a Glocknera. Nazwę wzięła od bardzo charakterystycznego szczytu przypominającego stożek o nazwie Granatspitze. Niestety, nasza trasa nie wiodła okolicą tegoż wierzchołka. Zaczęliśmy od trawersu alpejskimi lasami i halami. Pośród sielankowych krajobrazów wchodzimy na rozległą halę z osamotnionym gospodarstwem Hoanzeralm. Brak tu jakichkolwiek dróg dojazdowych, a mieszkańcy jeżdżą na dół prywatną kolejką linową (takich zresztą jest tu sporo).

Kupujemy świeże mleko i zajadamy się drożdżówką przytachaną z Matrei. Idziemy dalej. Zupełnie dziki i mało uczęszczany szlak poprzez lasy i hale doprowadza nas do kolejnego gospodarstwa. Tu jednak się nie zatrzymujemy i rozpoczynamy żmudne podejście zakosami na przełęcz Nussigscharte (2741 mnpm).
Z bogatych w roślinność alpejskich hal w przeciągu półtorej godziny przenosimy się w świat głazów porosłych porostami i wiecznych śniegów. Przeskok jest dramatyczny. Od sielskich pejzaży niczym z obrazów Chełmońskiego w świat niczym z "Gwiezdnych wojen". I prawdę mówiąc wolę te "Gwiezdne wojny".
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Pośród sielankowych krajobraz

 

Z przełęczy Nussigscharte w małą chwilkę zbiegamy do schroniska Sudetendeustche, czyli w wolnym tłumaczeniu schroniska Niemców Sudeckich. W schronisku trwa remont. Wszędzie piętrzą się stosy świeżych, drewnianych bali. Pewnie to dlatego młoda, męska, o jasnych włosach i niebieskich oczach (tylko taki typ mógł być szefem schroniska o takiej nazwie) obsługa zdecydowanie nie pozwoliła gotować na prymusie bliżej niż dwieście metrów od schroniska. Przenoszę się więc w pobliskie skalne zagłębienie, ale zagotować wody nie mogę. Za zimno, czy gaz za rzadki, czort wie! Wracam do schroniska z herbatą na powierzchni, której pływa niemiła pianka z niedogotowanej wody. Pijąc ten napój "wypijamy" wzrokiem piwo pite przez Tyrolczyków. Niestety, pewnie z uwagi na prowadzony remont, cena piwa przekracza wszelkie granice, dopuszczalne przez unijne przepisy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w pewnym momencie ląduje przed każdym z nas po pełnym kufelku. Okazało się, że majster prowadzący roboty ciesielskie dostrzegł w naszych spojrzeniach tęsknotę (lub nie mógł patrzeć na nasze wykrzywione miny, gdy piliśmy herbatę z pianką), ulitował się nad nami i zafundował po piwku. Bardzo Ci cieślo tyrolski dziękujemy i przepraszamy za to, że wbrew słowiańskim zwyczajom nie odwzajemniliśmy się, ale te ceny.... .


Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
na Großer Muntanitz....piękne widoki na Glocknera towarzyszą nam przez cały czas

Rano na lekko wbiegamy na najwyższy szczyt tej grupy górskiej, na Gro er Muntanitz. Rześkie, ranne powietrze i niezwykłe chmury tworzą swoistą atmosferę. Piękne widoki na Glocknera towarzyszą nam przez cały czas. Po drodze chcemy zejść klettersteigiem, ale w zejściu, szlak okazuje się być nieco za trudny. Mamy ciężkie plecaki, a szlak wymaga użycia własnej liny do asekuracji. Czas biegnie nieubłaganie, a my posuwamy się niezwykle wolno. W końcu decydujemy się wrócić. To co idąc w dół, robiliśmy półtorej godziny, w podejściu zajmuje nam tylko pół godziny. Po raz kolejny wyszła na wierzch stara turystyczna prawda: wejść na górę to pół biedy, ale zejść to już cała.

 

 Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w GaleriiWszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
 Po drodze chcemy zejść klettersteigiem
 


Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
I oczywiście zupka z kuskusem nie miała sobie równych.
Dochodzimy do przełęczy Karls-Matreier Törl. Przed schroniskiem wyciągamy maszynkę i zupki w torebkach, i gotujemy. Przez okno łypią na nas, niczym na mastodonty dziewczyny z tutejszej obsługi. Już myślałem, że to nasz męski urok tak na nie działa, ale okazało się, że to po prostu nie mogą się nadziwić dlaczego gotujemy, skoro można kupić obiad u nich w schronisku. A jak się jeszcze dowiedziały, że dwóch z nas to inżynierowie, a ten trzeci- oczywiście mówimy teraz o Pawle- to naukowiec, to już całkiem nie wiedziały co o tym wszystkim myśleć. No przecież nie będziemy im tłumaczyć tak oczywistych spraw, jak wyższość smaku zupki z torebki sporządzonej własnoręcznie niż choćby najlepszego, kupionego tyrolskiego obiadu za cenę niemalże dwóch noclegów. I oczywiście zupka z kuskusem nie miała sobie równych. Dobrze, że chociaż piwo w schroniskach nie jest tam drogie.



Po długim zejściu do Matrei spotykamy pierwszych i jedynych Polaków. Dwóch turystów, którzy dopiero co przyjechali w te góry. Nie po raz pierwszy, ale jeszcze nie mieli szansy wejść na Großglockner z powodu pogody. Możemy więc mówić o szczęściu; my weszliśmy na najwyższy szczyt Austrii za pierwszym podejściem.
To już koniec przygody z najwyższymi zdobytymi jak dotychczas górami. W następnym sezonie wybieramy się w Alpy Bawarskie, by zdobyć najwyższy szczyt Niemiec- Zugspitze. Ale o tym następnym razem.
Wszystkie fotki w powiekszeniu zobaczysz w Galerii
Karls-Matreier Törl

 

Fotografie: Michał Sadowski
Tekst: Mirosław Sadowski

LAST_UPDATED2
 

Valid XHTML and CSS.